Kibice Zawiszy

 

Bez kibiców nie byłoby piłki nożnej

Kibice też tworzą historię klubu

 

 

 

Powielane dotychczas twierdzenie, że historia kibiców bydgoskiego Zawiszy sięga połowy lat 70-tych, ubiegłego wieku stanowi spore uproszczenie tego tematu. Mówi się, że prawdziwy kibic to taki, który wyjeżdża za ukochaną drużyną na mecze do innych miast. Takie fakty miały miejsce już znacznie wcześniej! Może wtedy fani ,,Rycerzy Pomorza” nie posiadali akcesoriów: flag, szalików i innych gadżetów, a także nie byli tak zorganizowani jak obecnie, to jednak za swoją drużyną ,,zdzierali” gardła równie głośno jak teraz. Żywiołowo reagowali również na rozmaite wydarzenia boiskowe. Warto wspomnieć o tych kibicach Zawiszy, którzy chodzili na mecze po zaistnieniu klubu w Bydgoszczy. Występujących wtedy w B klasie wojskowych często oglądało w akcji po 100 osób. To one stanowiły zalążek późniejszych zorganizowanych grup. Warto przytoczyć mało znane fakty. 24 sierpnia 1947 roku Zawisza jako reprezentant Okręgu Wojskowego II, podejmował w meczu w ramach mistrzostw Wojska Polskiego, drużynę Marynarki Wojennej. Na Stadionie Miejskim zgromadziło się liczne grono widzów. Zawisza odniósł pewne zwycięstwo 6-3. Korespondent ,,Polski Zbrojnej" zauważył, że bydgoszczanie byli dopingowani przez kibiców, czego nie zapomniał ująć w relacji meczowej. Na spotkania, które Zawisza rozgrywał w ramach mistrzostw wojskowych przychodziło wtedy od 1000 do 1500 osób. Fani innych drużyn pojawili się na meczach swojego zespołu z Zawiszą w Bydgoszczy  bardzo wcześnie. 18 lipca 1948 roku wojskowi podejmowali w spotkaniu o awans do A klasy Cuiavię Inowrocław. Na Stadionie Miejskim w mieście nad Brdą, zgromadziła się duża liczebnie grupa sympatyków drużyny z Inowrocławia i żywiołowo dopingowała swoich ulubieńców. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, a punkt uratował Kazimierz Zbyryt, skutecznie w ostatniej minucie wykonując rzut karny. Ten remis nie zaszkodził Zawiszy w ostatecznym rozrachunku, bo zespół wywalczył dzięki dobrym wynikom w innych potyczkach - pierwszy historyczny awans.

Tak samo jak nie byłoby dzisiaj drużyny, gdyby nie grała niegdyś i całkiem niedawno w niższych klasach rozgrywkowych, nie byłoby też późniejszych fanów. Jeden z rekordów pod względem liczebności padł już na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. 2 października 1952 roku wówczas występujący jako OWKS, zespół Zawiszy podejmował na stadionie Brdy (Kolejarza) przy ulicy Północnej Gwardię Warszawa. Było to spotkanie barażowe o awans do ówczesnej I ligi (ekstraklasy). Zgromadzonych aż 10 000 fanów żywiołowo dopingowało drużynę, która niestety zagrała zbyt nerwowo i zremisowała 1:1. Człowiek-legenda kibiców Zawiszy nazywa się Henryk Wojciechowski. Pan Henryk, urodzony w 1944 roku, towarzyszył piłkarzom bydgoskiego klubu w spotkaniach wyjazdowych od 1959 roku, a więc przeszło 50 lat. Pierwszy jego wyjazd miał miejsce na mecz we Wrocławiu ze Śląskiem i odbył się pociągiem. Z relacji pana Henryka wynikało, że uczestniczyła w nim  niewielka, licząca około 10 osób grupa fanów Zawiszy. Henryk Wojciechowski najczęściej podróżował autobusem z drużyną. Nawet gdy zespół tułał się po piątoligowych boiskach on był zawsze obecny. Pomimo dość słabego zdrowia, nie wyobrażał sobie, by mogło go zabraknąć w obojętnie którym miejscu położonym zakątku Polski. Wszędzie, gdzie grała jego ukochana drużyna Zawiszy, był i on. Zmarł 15 lutego 2011 r. w godzinach rannych. Na pogrzebie nie zabrakło fanów Zawiszy.

 

Henryk Wojciechowski (na wyjazdach Zawiszy był od 1959 roku).

 

13 marca 1960 roku kierownictwo sekcji piłki nożnej Zawiszy zorganizowało autokarowy wyjazd na spotkanie II ligi z Bałtykiem Gdynia. Na pierwszy historyczny występ zespołu z Wybrzeża w tej klasie rozgrywkowej mogło wybrać się 30 fanów bydgoskiego klubu. W tym samym roku, 31 lipca grupa kibiców Zawiszy udała się na wyjazdowy mecz z Unią Racibórz. Obie potyczki zakończyły się bezbramkowymi wynikami. Z pewnością wymieniane tutaj nie są wszystkimi eskapadami kibiców ,,Zetki”, jednak te przykłady do których dotarłem świadczą, że już wtedy podróże za ukochanym klubem były praktykowane. 27 sierpnia 1961 roku Zawisza rozgrywał mecz w Warszawie z Legią. Piłkarze Zawiszy na życzenie kibiców udali się do stolicy na pierwszoligowe spotkanie autokarem, chociaż początkowo mieli zamiar jechać pociągiem. W lokalnej prasie ukazało się ogłoszenie, że chętni kibice mogą zapisywać się na wyjazd, a zgłoszenia przyjmował sekretariat klubu. Zapewniony był przejazd w obie strony, natomiast nocleg i bilet wstępu na mecz trzeba było załatwić we własnym zakresie. 23 maja 1965 roku kilkudziesięciu fanów z ,,Zetki” udało się na pierwszoligową potyczkę ukochanej drużyny do Szczecina. Wśród nich znaleźli się pracownicy Zakładów Chemicznych i przedsiębiorstw budowlanych. Na łamach prasy szef WKS Zawisza ppłk Witold Charasz dziękował kibicom za świetny doping dla piłkarzy. Drużyna tym razem się odwdzięczyła i pewnie zwyciężyła Pogoń 2:0. 21 sierpnia 1965 roku „Rycerze Pomorza” podejmowali na własnym stadionie stołeczną Legię. Gorąca atmosfera spotkania zakończonego wynikiem 2:2 przeniosła się po meczu na trybuny. Najpierw był incydent z udziałem Jacka Gmocha i piłkarza miejscowych Ryszardy Harmaty, w efekcie którego piłkarz Legii znokautował na boisku obrońcę Zawiszy. Sędzia tego nie zauważył! Potem opuszczający stadion autokar z juniorami Legii został obrzucony kamieniami.  Zaledwie cztery dni później (25.08.1965) bydgoscy fani udali się na mecz swoich ulubieńców do Bytomia. Spotkanie z Szombierkami obserwowała garstka kibiców Zawiszy o czym nie zapomniała napisać bydgoska prasa. Obecność kibiców w Bytomiu zasługuje na podkreślenie, bo mecz odbył się w środę!  W piątkowe popołudnie 12 maja 1967 roku na stadionie w Bydgoszczy zgromadziło się aż 50 000 widzów! Pewnie na frekwencję miał wpływ fakt, że spotkanie rozgrywano przed zakończeniem etapu kolarskiego Wyścigu Pokoju, ale warto o tym pamiętać. Zawisza wygrał wówczas 2:1 ze Stalą Rzeszów w meczu ekstraklasy, a Augustyn Sobolewski zdobył dwie bramki z rzutów wolnych, co nie zdarza się przecież często. 8 października 1967 roku wojskowi rozgrywali mecz w Gdyni z ówczesnym MZKS (później Arką). Zawisza dobrze radził sobie wówczas na drugoligowym froncie i po rundzie jesiennej był liderem. Na spotkaniu w Gdyni nie zabrakło fanów z Bydgoszczy, których wyróżniał transparent: ,,Witamy Zawiszę w I lidze”. Akurat wtedy piłkarze zawiedli ulegając gospodarzom 0:2. 21 listopada 1971 roku wojskowi, którzy przeciętnie wtedy spisywali się w II lidze podejmowali na własnym stadionie Lecha Poznań. Drużynę z czołówki tabeli – popularnego ,,Kolejorza” wspierała na stadionie Wojska Polskiego w Bydgoszczy liczna ponad czterotysięczna grupa fanów! Poznańscy kibice byli świetnie zorganizowani, zaopatrzeni w klubowe flagi oraz rozmaite transparenty. Imponowali też żywiołowym dopingiem. Na pewno to działało na wyobraźnię miejscowych kibiców. Lech przegrał jednak z Zawiszą 1:2 (pierwsza porażka od dwóch lat!) i może niezbyt dobra gra zawodników spowodowała, że część przyjezdnych nie wytrzymała z emocjami. Jeden z fanów ,,Kolejorza” rzucił butelką, która trafiła w głowę żołnierza pełniącego obowiązki porządkowego.

Trudno mi zgodzić się z tezą, że dopiero od awansu drużyny do I ligi ,,w 1977 roku kibicowska Polska wiedziała, że Zawisza ma wielotysięczną grupę kibiców w Bydgoszczy, a także sporą ekipę wyjazdową”. Fani innych zespołów wiedzieli już o tym przynajmniej dwa lata wcześniej! Już jesienią 1974 roku pojawiły się zaczątki czegoś, co znamionowało powstanie zagorzałych grup fanów. Świadczyły o tym przynajmniej dwa ostanie wyjazdowe mecze w tamtym roku: 27 października do Gdańska (z Lechią 1:1) i 10 listopada do Szczecina (ze Stalą Stocznia 0:1). Na obu byli fani spod znaku litery Zet". W 1975 roku kibice Zawiszy byli już znakomicie zorganizowani. Od początku rundy wiosennej w II lidze regularnie jeździli na mecze za swoją ukochaną drużyną, która miała realne szanse awansu do ekstraklasy. 13 kwietnia 1975 roku w Gdańsku na spotkaniu ze Stoczniowcem było kilkuset fanów z Bydgoszczy. Dwa tygodnie później w Szczecinie w pojedynku z Arkonią Rycerzy Pomorza"  wspomagało siedmiuset fanów. Przywiozło ich 10 autobusów, a pozostali przybyli nielicznymi wówczas samochodami i pociągiem. Sam również uczestniczyłem w tych wyjazdach. Na stadionie Zawiszy na niektórych meczach frekwencja wynosiła od ośmiu do piętnastu tysięcy widzów, co na II ligę już wtedy było znaczącymi liczbami. Nie było wtedy sklepików z rozmaitymi akcesoriami kibica. Pamiętam, że szalik klubowy dałem wykonać w jakimś zakładzie usługowym. Flagi szyły we własnym zakresie mamy lub żony kibiców Zawiszy. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku najbardziej ekscytujące były wyprawy do Gdańska na mecze z Lechią. Na jednym ze spotkań biało-zieloni" rzucali w nas kamieniami, a mundurowi nie reagowali. Ówczesna milicja również eskortowała przyjezdnych fanów na stadiony, ale nie było takich ceregieli jak obecnie z wpuszczaniem na obiekty. Młynem" fanów Zawiszy kierował wtedy mieszkający na Błoniu Janusz Reźnik. Taka już rola tych, którzy organizują doping, że mało widzą jak grają piłkarze. Ich zadanie jest znane od lat, a oni się z tym godzą. Obecnie popularny,,Nony” bywa również na meczach ukochanego klubu. Z racji wieku ustąpił oczywiście miejsca młodszym i ma okazję dokładnie oglądać akcje piłkarzy ulubionego klubu.Też pochodzę z Błonia - osiedla z którego fani odegrali znaczącą rolę w samodzielnym zorganizowaniu się kibiców. Drugą najbardziej liczebną grupę tworzyli mieszkający na Kapuściskach. Wspólne przemarsze na mecze przez całe śródmieście aż do stadionu były normą. Po meczach natomiast ówczesne Aleje 1 - Maja (dzisiaj ul. Gdańska) całe były do dyspozycji kibiców. Oczywiście ruch dla pojazdów był zamknięty. Fani wracali ze stadionu całą szerokością ulicy, a pochody pierwszomajowe z racji hucznie obchodzonego niegdyś Święta Pracy przegrywały wpierw z entuzjazmem fanów, a potem z liczebnością uczestników.